Rozmowa z generałem GROMOSŁAWEM CZEMPIŃSKIM

- Opanowany, bezwzględny, cyniczny i mówi tylko to, co chce powiedzieć. Czyja to charakterystyka?

- Nie wiem, pewnie jakiegoś oficera (śmiech).

- To pańskie słowa. Dotyczą cech oficera wywiadu. Pomogły panu, choć dopiero w III RP osiągnął pan największy sukces, jak sądzę, życiowy. Mowa oczywiście o operacji irackiej, od tytułu filmu zwanej "Samum".

- Moim sukcesem była promocja do III RP czyli nominacja na stanowisko wiceszefa wywiadu w 1990 roku. Gdyby nie to, nie byłoby operacji irackiej. Amerykanie znali mnie doskonale z przeszłości, jak wielu z nas (lekka ironia). My również wiedzieliśmy o nich sporo. Gdy zwrócili się do mnie podjąłem wyzwanie. Trzeba jasno powiedzieć - niewielu było zwolenników tak ryzykownego zaangażowania. Można było zyskać niewiele, a stracić wszystko!

- CIA znała pana ze złej strony, rozumując w kategoriach zimnej wojny.

-Jako profesjonalistę, nie ze złej...

- Wpadł pan w Chicago.

- Nie, zostałem wycofany, ponieważ zdradził mnie kolega.

- Później działał pan w Szwajcarii, a tutaj pojawił się kierunek bliskowschodni. Duży rozrzut.

- ... (ciężkie westchnienie)

-Jest 1990 rok, świeżo po utworzeniu UOP Wywiad nie przeszedł weryfikacji, o ile mi wiadomo. Oficjalnej. Byliście skansenem PRL.

- Podczas wstępnej weryfikacji wewnętrzna komisja w MSW zaakceptowała około 45% funkcjonariuszy. Potem czyszczono departament II - kontrwywiad, a na koniec SB, gdzie była rzeź. Praktycznie nikt tam nie przeszedł, no może pojedyncze przypadki, np. płk Lesiak z rekomendacji Kuronia (płk Jan Lesiak był w początkach lat 90. szefem zespołu inwigilującego legalne partie polityczne - przyp. B.M.). Co się pan tak krzywi?

- Za darmo nie wylecieli!

- Cokolwiek się na ten temat mówi, my z wywiadu nie byliśmy Służbą Bezpieczeństwa. To była służba wywiadu i kontrwywiadu. Obok niej w PRL istniała SB. Potem minister ściął funkcjonariuszy, którzy byli na placówkach zagranicznych i w "mieście" (pracownicy terenowi, poza centralą - przyp. B.M.). Na szczęście mogliśmy się odwoływać i - w sumie - udało się ocalić mniej więcej 60% stanu osobowego.

- Nadal się bali. Pojawiły się już żądania opcji zerowej, czyli usunięcia wszystkich funkcjonariuszy rodem z PRL, i nikt nie mógł być pewny. Czesi wyrzucili wszystkich funkcjonariuszy...

- I stali się praktycznie bezbronni. Szkolenie nowych kadr to długi i kosztowny proces.

- W tym momencie pan otrzymuje od Pana Boga, właściwie od Amerykanów, szansę. Właściwie linę ratunkową. Stawia pan wszystko na jedną kartę, by przejść suchą stopą z kraju sojuszu robotniczo-chłopskiego do III RP. Tak to przedstawia Milt Bearden (wysoki funkcjonariusz CIA - przyp. B.M.).

- Patrzy w sposób za bardzo uproszczony. Przez długi czas widział nas jako małe państwo, jedno z tych komunistycznych; wielu zjawisk i postaw ludzkich nie rozumiał. Nasze motywacje przedstawił więc w schemacie czarno-białym, jako chęć ratowania skóry. Nie napisał jednak w swoich wspomnieniach, że CIA zabiegała u ministrów Milczanowskiego i Kozłowskiego o to. by PRL-owski wywiad zostawić, maksymalnie dużą część kadry przenieść do nowej służby.

- "Wystawili" jedynie 12 oficerów podejrzanych o zbyt bliskie kontakty ze służbami wschodnimi.

- Tak, a o pozostałych powiedzieli: "Zostawcie, bo to są profesjonaliści, to są patrioci". To też było ważne.

- Padło słowo patrioci?! Eee tam!

Padło! Mówili; "Możemy potwierdzić, że służby sowieckie nie miały na nich wpływu?. I to było powodem, że przeszliśmy w miarę pozytywnie weryfikację.

- A skąd Bearden, który był specjalistą od Azji Środkowej, prowadził operacje antysowieckie w Afganistanie, nagle uzyskał taki wpływ na ocenę stanu i patriotyzmu wywiadu polskiego?

- Był w pierwszej oficjalnej delegacji CIA do Polski, w czerwcu 1990 roku

- Tuż po utworzeniu UOP?

- Tak. To była liczna ekipa z zastępcą szefa CIA ds. operacji na czele. Nazwisk nie zamierzam wymieniać, bo konsekwencje mogą być niemiłe.

- To ja ujawnię: ów zastępca to Richard Stolz. Amerykanie sami ujawniają swoich funkcjonariuszy. Jak nie media, to oni sami piszą wspomnienia, udzielają wywiadów.

- Jedni piszą, inni nie. Gdy coś napiszą nie tak, muszą stawać przed wewnętrzną komisją CIA i się z tego tłumaczyć. Ostrożność jest tu nader wskazana.

- Oglądali panów jak zoologiczne okazy?

- Nie, pewnie dlatego, że wiedzieli o nas niemal wszystko.

- Tak byliście rozpracowani?

- Myśmy robili to samo. Jednym z uczestników delegacji był niejaki Mister John, który specjalizował się w polskim wywiadzie. Gdy kogokolwiek z nas zobaczył, wymieniał od razu prawdziwe nazwiska, "przykrywkowe'', przydziały. Świetnie go poznałem, bo w latach 80. chciał mnie przewerbować. Bearden został wtedy przydzielony do zespołu europejskiego.

- Był również szefem wydziału sowieckiego CIA.

- No właśnie. Mając takich ludzi jak Mr John. Bearden był znakomicie przygotowany.

- Dlaczego przyjechali akurat wtedy do Polski? Zwiedzali też pozostałe kraje postkomunistyczne?

- Nie. Wiedzieli, że u nas odbywa się weryfikacja, której możliwe skutki ich niepokoiły. Zależało im na zachowaniu polskiego wywiadu. Traktowali nas jako skuteczną, niebezpieczną dla każdego przeciwnika służbę.

- No tak, przecież ukradliście np. proszek IXI, a właściwie jego technologię.

- W technologiach byliśmy dobrzy. Ale oni o technologie specjalnie nie dbali. Można powiedzieć, że były to "kontrolowane przekazania" (śmiech).

- Generała Zacharskiego jednak złapali.

- Była jedna osoba, która miała jeszcze większe osiągnięcia, a o niej się nie pisze. Zacharskiemu przypisuje się błędnie część sukcesów zupełnie innego oficera. Ale skoro Zacharski już został bohaterem, to na jego konto zaliczyło się wszystkie zdobycze. Tamten drugi miał spokój, choć Amerykanie doskonale znali jego osiągnięcia w USA. Chcieli się z nim spotkać, wielokrotnie mnie o to prosili. Oczywiście bezskutecznie.

- Fajny temat dla dziennikarza śledczego. Jaki był cel przyjazdu CIA do niedawnego wroga?

- Chcieli szybko podjąć współpracę, bo byli przekonani, że nasza służba nie jest spenetrowana przez Rosjan.

- Skąd mieli taką wiedzę?

- Od ogromnej liczby uciekinierów. Ze służb rosyjskich! Żaden z nich do dziś nie powie, że nasz wywiad był penetrowany przez Rosjan, że przekazywał agenturę lub współpracował w operacjach z Rosjanami.

- Generał Jasik ujawnił kiedyś, że technologie zdobyte przez Zacharskiego zostały przekazane Sowietom, ponieważ polska nauka nie była w stanie się z nimi uporać!

- Co się pan narodowym honorem unosi?! Odbyło się to po 2 latach różnych prób i niemożności rozczytania się w tym. Dla naszych naukowców to była kompletna abstrakcja. Zdobytego materiału było niby dużo, ale dla Polski był bezużyteczny. Taka była smutna prawda.

- Dostaliśmy jakieś pieniądze za to?

- Mówiło się o 2 milionach dolarów. Drugim źródłem informacji o nas byli dezerterzy z naszej służby. Żaden z nich nigdy nie powiedział, że byliśmy pod wpływem Moskwy. Pod żadnym wpływem! Ówczesne kierownictwo dbało o to. aby Rosjanie nie mieli dostępu do pracowników operacyjnych. Wszystko było kanalizowane "na górze" z oficerem łącznikowym Moskwy. Byliśmy tym zaskoczeni.

- W innych departamentach oficerowie KGB panoszyli się bez krępacji. Wchodzili do gabinetów, papierki sobie brali bez pytania.

- Wie pan, wymiana informacji była. Tylko zależy, jakich informacji...

- Pan skończył szkołę wywiadu w Kiejkutach. Jakaś kadra tam musiała przyuczać pana do zawodu. Przecież nie z przedwojennej Dwójki! (wywiad II RP - przyp. B.M.) Tutejsi fachowcy byli szkoleni jeszcze przez oficerów NKWD i KGB.

- Nieprawda! Po wojnie - tak. Szkolili nas Rosjanie. Potem utworzyliśmy własną szkołę, pierwsi i jedyni w obozie komunistycznym. Kadra wykładowców to absolwenci naszych szkół, np. dwuletniej w Ksawerowie. Oczywiście nie było radykalnego wymiecenia kadry rosyjskiej, ale - myślę - około roku 60. nie było już po nich śladu. Kadra pierwszego rocznika Kiejkut miała, jak mówimy, "nabitą rękę", czyli ogromne doświadczenie i wiele sukcesów. Potrafiła zaszczepić w nas poczucie więzi i dumy z tego, ze służymy w wywiadzie dla Polski.

- Wzruszyłem się!

- Gdy powstał UOP minister Kozłowski zapytał Amerykanów i Anglików, co ze szkołą. Przecież nie przystaje do nowej rzeczywistości. Tamci popatrzyli (a byli w szkole jedni jedyni, bo Rosjan nie dopuściliśmy do niej nigdy nawet naszych służb wojskowych), przejrzeli podręczniki, programy wsłuchiwali się w wykłady i po trzech miesiącach powiedzieli: "Niczego nie zmieniać. Teraz rozumiemy, dlaczego nie było was łatwo werbować. U nas uczymy tego samego".

- Delegacja CIA odwiedza Polskę i trwają przygotowania Saddama Husajna do napaści na Kuwejt. Gdzieś w tym czasie musiała paść propozycja.

- Nie. Najpierw Kuwejt został najechany 2 sierpnia. Nie było jeszcze propozycji. W tym czasie tworzyliśmy strukturę, m.in. pojechaliśmy do USA na szkolenia z zarządzania kryzysowego. Już po powrocie, chyba około połowy sierpnia, zgłosili się, że nie mogą sobie poradzić w Iraku, bo ich agenci, którzy pracowali w Kuwejcie, nie zdążyli wyjechać i popadli w tarapaty.

A było tam coraz gorzej. Na przełomie sierpnia i września zaostrzył się reżim policyjny w Kuwejcie. Od połowy września zaczęto robić tzw. żywe tarcze. Spodziewając się odwetu NATO przeciw obiektom wojskowym, gromadzono wokół nich obcokrajowców. CIA poprosiło Anglików, Francuzów, ale ci ocenili, że ryzyko jest zbyt duże. I wtedy zwrócono się do nas.

- Amerykanie umieścili tam sześciu swoich agentów z trzech różnych służb: CIA, wywiadu wojskowego DIA i Narodowej Agencji Bezpieczeństwa NSA (nie wiedzieć czemu, przez 20 lat media pisały o dziesięciu agentach - przyp. B.M.). Działali zapewne w rozproszeniu, ale w końcu musieli się zebrać w gromadkę. Pan uważa, że koncentracja takiej grupy funkcjonariuszy posiadających cenne informacje była rozsądna?

- Amerykańscy agenci w Iraku zorganizowali się znakomicie, wtapiali się w tłum. Natomiast problem był z funkcjonariuszami, którzy pracowali w Kuwejcie przed agresją Saddama. Nie mogli nijak zalegalizować się w Iraku. To na nich polowano.

- Irakijczycy wiedzieli o nich?

- Oczywiście, o obydwu grupach.

- Z jakich źródeł? Osobowych? Wywiadu radioelektronicznego?

- Po pierwsze, z przeczucia. Kuwejt był sojusznikiem USA. było więc tam sporo Amerykanów. Służby irackie zaobserwowały zachowania odbiegające od standardu biznesmena czy dyplomaty. To pierwsza wskazówka, że człowiek zajmuje się czymś innym. Po wtóre, w działaniach wojennych zawsze istnieją siły specjalne lokowane na danym terenie wcześniej. One wskazują cele do ataku. Było dla nas oczywiste, że irackie służby o nich wiedzą. Swoją drogą, nigdy nie pytaliśmy Amerykanów, skąd wiedzą, że ich ludzie są intensywnie poszukiwani.

- KGB lub GRU mogły udzielić informacji o nich Irakijczykom? Podzielić się zasobami?

- Było to możliwe. Rosjanie na pewno lepiej ustalili, kto jest kim.

- Musieli się ukrywać, coś jeść, pić. Gdzie oni się ukrywali?

- No, wie pan...

- Nie oczekuję dokładnego adresu z numerem lokalu.

- To wspomniana wcześniej grupa agentów w Iraku pomagała im, zaopatrywała. W państwie tym był spory rozmach inwestycyjny, można było tam przechować ludzi w barakach na placach budów.

- Przeszli do Iraku w trakcie wojny?

- Konkretnie - w końcu wojny

- Kontakt zapewniali Polacy?

- Nie, logistycznie obsługiwali ich Amerykanie.

- Ile czasu trwało przygotowanie koncepcyjne operacji?

- Bardzo długo. Około 2 miesięcy.

- Oficjalnie nadzór sprawował generał Jasik.

- Oficjalnie to ja nadzorowałem operację, bo byłem jego zastępcą ds. operacyjnych. Kierowałem zespołem ds. operacji. Dopiero gdy wyjechałem do Iraku, rolę koordynatora z ramienia centrali przejął gen. Jasik. Wcześniej o każdą koncepcji go oczywiście informowałem.

- Jaki był klucz doboru członków zespołu? Musiał pan zadbać o operatorów, czyli funkcjonariuszy operacyjnych, logistykę, łączność, kamuflaż.

- W centrali był wydział, który się zajmował tamtym terenem. Jego naczelnik wytypował odpowiednich ludzi. To było bardzo wąskie grono 4-5 osób wykorzystujące nasze informacje z Bagdadu oraz dane amerykańskie. Obie centrale (CIA i UOP) wymieniały się informacjami. To było stosunkowo proste.

- Musieliście współpracować z MSZ, choćby z uwagi na fałszywe paszporty...

- Co tu dużo mówić, wiadomo, że byliśmy na innych paszportach.

- Chodzi raczej o fałszywki dla Amerykanów. Dziś to przestępstwo.

- Nieprawda, w ustawie jest, że możemy się nimi posługiwać.

- Ale wtedy nie było.

- Tym łatwiej (śmiech). Nie złamaliśmy żadnego prawa.

- Służby wojskowe z wami współpracowały?

- Nie, w żadnym zakresie.

- Wiceminister spraw zagranicznych Majewski (Jan, płk wywiadu wojskowego PRL, w 1990 roku wiceminister spraw zagranicznych - przyp B.M.) nie pomagał?

- Miał pomagać we wszystkim, o co go poproszę. To była decyzja ministra Skubiszewskiego. Przekonaliśmy się zresztą wcześniej, że jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni, np. w kwestii informacji, których MSZ nie mógł zdobyć swoimi kanałami. Oczekiwaliśmy głównie wsparcia legalizacyjnego. Musiałem się w Iraku jakoś akredytować, mieć pretekst, by się tam znaleźć.

- Nie bał się pan przecieku z Rakowieckiej? Tam był wtedy totalny rozpieprz.

- Niech pan nie żartuje, przecież to wywiad, profesjonaliści. Nikt, poza niezbędnym gronem, nie był dopuszczony do tej tajemnicy.

- Profesjonaliści też bywają detektorami, czyli funkcjonariuszami zwerbowanymi przez inny wywiad.

- Po weryfikacji, jak nigdy, byliśmy zdeterminowani, żeby działać na rzecz III RP, udowodnić naszą przydatność.

- Kiedy się pan najbardziej bał? W fazie koncepcyjnej w Warszawie można się domyślić: obawa o dalsze losy, karierę, stosunki z Amerykanami, zaufanie nowych solidarnościowych władz. Premier podobno nie wiedział o operacji?

- Nie wiedział. Spodziewaliśmy się, że powie - nie. W ostatniej chwili dowiedział się min. Skubiszewski. Poza nim tylko szefowie MSW. Sam min. Milczanowski pytał wzburzony: "Kim pan jest, że myśli pan, że się uda?". Zresztą w naszym zespole też panowały nastroje zwątpienia. Koledzy mówili: "Czempińskiemu odbiło!". Tym bardziej że z naszej rezydentury w Bagdadzie (placówki wywiadu - przyp. B.M.) przychodziły wciąż nowe informacje, przez które wszystko stawało się nieaktualne i nierealne.

- Co groziło Polakom w przypadku wpadki na miejscu w Iraku? Amerykanom, wiadomo - los Buckleya (rezydent CIA w Bejrucie; porwany przez terrorystów palestyńskich, torturowany ponad 400 dni, na koniec obdarły ze skóry - przyp. B.M.).

- Sądzę, że byliby potraktowani tak samo jak Amerykanie. Przy odrobinie szczęścia może by powiedzieli: "Amerykanie na prawo, Polacy na lewo". Może. Nienawiść do Amerykanów była taka, że każdy zaangażowany z nimi był na straconej pozycji. Nie poprawiało to naszego samopoczucia..

- Pierwsza fazę mamy z głowy. Jedzie pan do Iraku jako biznesmen, utracjusz, bawi się pan. Tak było?

- Niezupełnie. Oficjalnie przyjechałem jako dyplomata, ale szybko przekonałem się, że to bardzo złe przykrycie. W związku z tym zrobiliśmy w rezydenturze drugie papiery i bytem już kimś innym.

- Iracki kontrwywiad tego nie wyłapał?

- Bardzo późno zaczęli się domyślać, że coś tu nie gra. Trzeba powiedzieć, że naszym niedopatrzeniem było ponadstandardowe wzmożenie pracy ambasady, w granicach 16-20 godzin na dobę. Przedtem 7-8 godzin. Pewnym uzasadnieniem była praca nad wywożeniem Polaków z Iraku. Ponadto nie chciałem być wtłoczony w ramy służby dyplomatycznej, która miała problemy z poruszaniem się. Personel dyplomatyczny musiał wszystko awizować, każdy ruch. Byłbym unieruchomiony. Podjąłem więc decyzję o zmianie tożsamości, nie informując centrali. Wiedziałem, ze nie dostałbym zgody.

- To niesubordynacja!

- ...(milczenie, uśmiech).

- Zaczął pan wtedy prowadzić zabawowy tryb życia, niczym rotmistrz Sosnowski przed wojną w Berlinie.

- Byłem wtedy młody, przystojny. To, że lubię alkohol, kobiety, nie było niczym nadzwyczajnym.

- Poderwał pan Irakijkę.

Od razu poderwał! Podszedłem do niej, porozmawialiśmy. Nie była jedyną, z którą rozmawiałem...

- Ale to ona załatwiła wizy dla Amerykanów.

- Była istotnym elementem, nie da się ukryć.

- Worek czy rozporek? (sposoby werbowania agentury: pieniądz i seks -przyp. B.M.).

- (śmiech) Osobny temat.

- Rozumiem. Jeszcze dzisiaj boi się pan żony.

- Żona wiedziała, że dla ojczyzny różne rzeczy się robi (śmiech). Ale wszystko było w granicach przyzwoitości. Wiemy, do jakich granic i do czego możemy dopuszczać, by kobieta była przyjazna, a od kiedy staje się niebezpieczna. Starałem się, by sympatia tej kobiety nie zmieniła się w nienawiść do mnie. Wtedy operacja by się zawaliła.

- Odegrała jedną z kluczowych ról?

- Kluczową.

- Jak wyglądały inne operacje kamuflażowe? Jeździć w państwie policyjnym można wyłącznie z jakimś uzasadnieniem.

(głębokie westchnienie) W przeciwieństwie do dyplomatów polscy pracownicy nie mieli większych trudności w poruszaniu. Już wcześniej ustaliliśmy checkpoints, policyjne punkty kontrolne na drogach, gdzie są, ile, na jakich kierunkach, Badałem, jak mogę się z nowymi papierami przemieszczać, nie będąc obywatelem polskim. Wedle dokumentów bytem pracownikiem firmy zagranicznej polskiego pochodzenia. Wytwarzałem wrażenie, że chcę poznać kraj, poszukać możliwości handlowych, nowych znajomości.

- Czyli kontakty z firmami polskimi wchodziły w zakres pańskiego przykrywkowego sposobu działania?

Nikogo z tych firm nie wprowadzałem w to, co zamierzamy zrobić.

-Wszyscy z tych kilkuset Polaków byli przecież prześwietleni w kraju, przeszkoleni na okoliczność ewentualnego werbunku. Nie było warto skorzystać?

- Mieliśmy oczywiście wśród nich współpracowników. Normalne. Niemniej jednak świadomie zrezygnowałem ze wszystkich. Zawsze istniała możliwość, że jest "zaprzyjaźniony'' z miejscowymi władzami.

- Oparł się pan tylko na swoim zespole. I zapewne kilku Irakijczykach. Wielu studiowało w Polsce...

Można tak powiedzieć, choć ja się nie zaprzyjaźniałem. Natomiast moi oficerowie ich wykorzystywali. Byliśmy wyjątkowo aktywni towarzysko. Poznawaliśmy wiele osób, w tym miejscowych. Dodatkowo uwiarygadnialiśmy się poprzez wrażenie, że nic nas nie obchodzi, interesujemy się tylko sobą, przyjemnościami.

- Podczas fazy drugiej, przygotowawczej, w Iraku napięcie niewątpliwie rosło, w trzeciej w drodze do granicy, już z Amerykanami na fałszywych paszportach polskich. musieliście mieć niezłą "trzesawkę". Bał się pan?

- Strach to trochę obce mi uczucie. Dotkliwy był raczej ciężar odpowiedzialności - wyjdzie, nie wyjdzie. Natrętne myśli o fatalnych konsekwencjach dla Polski i Polaków. No i dla nas, wywiadu.

- Nie wierzę w szachowe kalkulacje w takiej sytuacji.

Boi się człowiek w momencie zagrożenia życia...

- Mogli pana obedrzeć ze skóry, jak Buckleya!

Bałem się hipotetycznej rozmowy w centrali: "Jak mogłeś obiecywać, a nie wyszło. Najpierw się zastanów, zanim cokolwiek obiecasz" (widać, że generał przeżywa to na nowo; jego głos chwilami się załamuje - przyp.B.M.). W końcu, żeby przerwać ten gordyjski węzeł zwątpienia w centrali: pojechałem do Iraku. Słyszał pan żeby szef wywiadu osobiście kierował operacją na miejscu?

- Nigdy. Zachciało się panu polskiej szarży?

- Nie, chciałem znaleźć wyjściu z sytuacji bez wyjścia. To było nie do wytrzymania. Nasze centrale ustalają plan, wysyłamy go do rezydentury z poleceniem wykonywania. Dostajemy odpowiedź, że sytuacja jest już nieaktualna, w Iraku są nowe obostrzenia policyjne, że nie ma możliwości.

Proszę sobie wyobrazić, każde uzgodnienie centrali z Waszyngtonem trwa kilka dni, a tu ciągle się coś wali. Totalna huśtawka emocjonalna. Chciałem zobaczyć na miejscu i podjąć jakąś decyzję, a także przywrócić naszym ludziom ducha walki. Jak w rezydenturze powiedzieli, że się nie da, to odparłem, że w takim razie osobiście przeprowadzę operację. Po 3 dniach mojego pobytu w Iraku okazało się, że rezydentura miała rację - tego się nie da zrobić! A przed wyjazdem koledzy mówili ,Gromek, po co ty tam jedziesz? To będzie twój koniec. Po co się wpieprzać?". Z frustracji zacząłem sporo pić.

- Znaczy, w tym sensie film "Samum" nie przekłamuje? Alkohol był częstym towarzyszem.

- Tak, tyle że w innym kontekście. Na miejscu w Bagdadzie powiedziałem swoim ludziom: Organizujcie imprezy, zapraszajcie Irakijczyków, chcę poznawać miejscowych. Przedstawiciele naszych firm robili je, przychodziłem. Na każdej imprezie był alkohol. To wówczas stwierdziłem, że moje dokumenty dyplomatyczne są do niczego. Widać było, że są za dobrze "zrobione", zbyt poprawnym językiem. Szczegóły też były wątpliwe. "Dlaczego nie mogę mieć takich dokumentów, jak nasi goście?" - zapytałem szefa rezydentury. "A skąd ci wezmę?" - odbił piłeczkę. "Jak to skąd? Podpieprzymy komuś". No i obrobiliśmy jednego imprezowicza.

- Europejczyka?

- I to polskiego pochodzenia. No przecież nie mogłem uchodzić za Araba!

- Rodaka pan załatwił?!

- No nieee. Szczęśliwie wyjechał. Wracając, na tych imprezach wiele osób do mnie lgnęło, kobiety i mężczyźni. Nie wiem, z czego to wynikało.

- Nowa twarz w znudzonym towarzystwie.

- Może tak. I wtedy zaczął mi świtać nowy pomysł. Z dokumentami Amerykanów był problem. Nie byli zarejestrowani w irackim systemie komputerowym. Ktokolwiek chciał wyjechać, musiał się osobiście zgłosić na policję, faktycznie do miejscowego kontrwywiadu. Jak to zrobić? Wykonałem działanie ku pokrzepieniu serc. Po tygodniu pobytu napisałem notatkę, korzystając z moich źródeł, że gdzieś jest przejście obok punktu granicznego, przez które ludzie przechodzili hurtowo.

- Na granicy z...?

- ...z Syrią. Napisałem to, centrala powiedziała - nie. Słusznie, bo przechodzenie przez "zieloną granicę" jest zawsze ryzykowne. Za dużo przypadkowości. W takim razie - pomyślałem - musimy uzyskać dostęp do irackiego systemu komputerowego, by możliwe było przekroczenie granicy. Wtedy pojawiła się ta Irakijka.

- Mogła, tak sobie, wprowadzić "lewe" dane do komputera centralnego?

- To była cała operacja. Sama nie mogła. Zakładam, że pracowała dla irackich służb, które wzięły mnie na celownik na zasadzie: "Niech się pobawi, a potem mu przywalimy". Widziała mnie kilkakrotnie, gdy się bawiłem, i to zawsze z jakąś kobietą. Uwiarygadniała się legenda, że lubię wypić, zabawić się w damskim towarzystwie. Była tym zszokowana, ale powiedziałem jej, że w takim gronie funkcjonuję. Najpierw praca, a potem imprezujemy.

- Jak pan ją przekonał do wprowadzenia tych kilku nazwisk? Za darmo?

- No przecież nie za relacje! Prezenty - tak. Bywała też z nami w różnych towarzystwach. Pracowała nade mną, jestem przekonany. Mówiłem jej, że jakaś grupa chciałaby wyjechać.

"W czym problem?" - pytała. "No wiesz, te kolejki po wizy, zgłaszanie się na rozmowy z waszymi policjantami, ludzie się was boją" - tłumaczyłem coś, co doskonale rozumiała. Załatwiła rejestrację i dokumenty. No to wstawiłem inną grupkę - bez problemu. Dałem kolejnych, a ona mówi: "Za dużo". Akurat na właściwej liczbie się skończyło (śmiech). Liczyłem na to, że ona się musi uwiarygodnić, dać mi coś, o co poproszę. Miała pewnie inne cele, np. wystawienie mnie swoim służbom.

- Był pan obserwowany?

Oczywiście. Pewnego dnia wartownik ambasady mi mówił, że o mnie dużo pytają: co robię, dlaczego często wyjeżdżam, gdzie mieszkam?

- A gdzie pan mieszkał?

- Na pustyni, w baraku na jednej z budów. Wartownik poradził, żebym uważał. Wspomniana Irakijka też wypytywała, czemu bywam w ambasadzie. Odparłem, że przecież jestem polskiego pochodzenia. Wiarygodna legenda, bo pierwotny właściciel dokumentów był w systemie komputerowym i do tego bardzo podobny do mnie. Na szczęście nigdy nie spotkaliśmy się na tej samej imprezie.

- Pięknie, operacja się rozwija, a tu buch! Centrala nie wyraża zgody. Kłopot!

- W końcówce przygotowań wysłałem raport do Warszawy z planem, co, jak i kiedy. Zrobiłem to w noc poprzedzającą akcję, czyli nie tak jak zwykle, żeby wszyscy mieli czas na przemyślenie treści informacji i projektowanych działań. Seanse radiowe odbywały się o 6.00 i o 23.00. Pomyślałem tak: skoro o 23.00 w centrali nie będą mieć ode mnie żadnej depeszy, to pójdą spać. Nadałem więc materiał o 1.00. Liczyłem, że przeczytają dopiero o 6.00. W raporcie zakomunikowałem zaś o rozpoczęciu o godzinie 5.00, czyli szefowie nie mieliby czasu na reakcję. Pomyliłem się (śmiech).

- Jakiś nadgorliwiec?

- Miał taki obowiązek. W Warszawie szyfrant zadzwonił do szefa wywiadu, że jest depesza z Bagdadu. Oczywiście natychmiast przyjechał. Depeszę wysłali o 4.00 (śmiech).

- Fortelem!

- Gdy o 4.30 robiłem ostatni instruktaż dla Amerykanów, rezydent przywiózł tę depeszę. Nie było wesoło, napięcie rosło, bo w przeddzień wieczorem pozwoziłem Amerykanów z różnych miejsc. Zajęło nam to ze 4 godziny. Trzeba było sprawdzać, czy nikt nie obserwuje nas i Amerykanów itd. Na dodatek po drodze omal nie zderzyliśmy się z samochodem z pijanymi Arabami. Rzadkość, nie? Strasznie krzyczeli. Wyskoczyłem z samochodu i przekonałem ich, że przecież nic się nie stało. Na pożegnanie dałem im butelkę. Pokrzyczeli, ale w końcu pojechali. A mogło być, cholera, po wszystkim.

-Amerykanie mocno się bali?

- Nawet nie. Dziwili się tylko: "Boże, ilu was tu jest?". Widzieli po prostu, na ilu punktach zadziałaliśmy, ile było po drodze znaków (sposoby sygnalizacji, komunikacji pracowników wywiadu, pozornie nieistotne znaki lub przedmioty w określonych miejscach, np. zgnieciona puszka, symbol na słupie - przyp. B.M.). A to była fikcja, paru ludzi. Natomiast w depeszy była zgoda na akcję, ale beze mnie. Mój udział został wykluczony, ponieważ narażał całą grupę na niebezpieczeństwo. Nawiasem mówiąc, centrala nie wiedziała, że ja mam inne papiery.

- Pogranicze niesubordynacji. I wprowadzanie zwierzchników w błąd.

- To dopiero bym się nasłuchał... Ze swojego punktu widzenia mieli rację, ponieważ myśleli, że jestem nadal na dokumentach dyplomatycznych. Rezydentowi powiedziałem, żeby nadał informację, że mnie nie zastał. Nie zgodził się: "Jak się coś stanie, to się nie wytłumaczę". Amerykanie byli przy tym obecni. Wyczuli, że coś się dzieje, bo się kłócimy. Powiadomiłem ich o rozkazie centrali. Oni po krótkiej rozmowie między sobą w te słowa:

"A my mamy z naszej centrali polecenie, by nie odstępować pana o krok. Jeśli pana nie ma, to nas też". No to powiedziałem rezydentowi, żeby zeznał, że mi rozkaz przekazał, a ja mu odpowiedziałem: "Sp...". W sytuacji klinczu poddał się: "Jedźcie".

- W warunkach wojny albo Virtuti Militari, albo sąd wojenny.

- Nie da się ukryć. A wie pan, co by było, gdybym poinformował centralę o sposobie pozyskania wiz, że przez  kobietę podejrzaną o pracę dla kontrwywiadu? Normalnie to absolutnie wykluczone! Powiedzieliby, że Czempiński zwariował.

- Wywoziliście Amerykanów nie tak, jak w filmie, w jednym autokarze, tylko w rozproszeniu.

- Tak, ale była to w miarę kontrolowalna kolumna.

- Kto prowadził samochody?

- Poznałem ich przez rezydenturę. Po kilku dniach dodatkowych sprawdzeń kontrwywiadowczych poprosiłem ich o pomoc, nie podając żadnych szczegółów. Mieli do mnie pełne zaufanie. Sami rozwiązali trochę problemów, np. załatwili dodatkowe beczki z paliwem.

- To byli wasi "przyjaciele"?

- Tak, przyjaciele. Wiedzieli tylko, że będą przewozić Polaków. Zorientowali się w końcu, że "Polacy" nie mówią po polsku

- Arabowie się zorientowali?

- To byli Polacy, z naszych firm. Z grubsza czuli, czym się zajmuję, i nie zadawali pytań.

- Wedle rozpowszechnionej wersji jechaliście przez granicę turecką.

- Przez turecką.

- Na pewno? Lepiej było chyba przez jordańską?

- Wytypowaliśmy Turcję.

- Były jakieś incydenty, przez was sprowokowane, np. z niegroźnym przemytem, żeby odwrócić uwagę służb granicznych?

- Nie. Zaopatrzyliśmy się w większe ilości alkoholu, papierosów. Wyglądało, jakbyśmy jechali handlować.

- W bezpiecznej Turcji znaleźliście się 25 października 1990 roku. Wpadliście w euforię?

- Nie mieliśmy siły się cieszyć.

- Materiały od Amerykanów wysłaliście pocztą dyplomatyczną?

- (milczenie) Oni mieli wyjechać. Ze swoją wiedzą. Poza tym mieli łączność ze swoimi. Wszystko się bez problemów przekazywało. Na granicy byli absolutnie czyści.

- Co Amerykanie obiecali w zamian?

- Nic, nic.

- To tak, jak Polacy uwierzyli Napoleonowi?

- Po co ta złośliwość? Niczego nie oczekiwaliśmy. Po operacji spytali:

"Co jesteśmy wam winni?". Odpowiedziałem: "Nic". "To chociaż koszty wam zwrócimy". "Też nie'' - odparłem.

- A ile nas kosztowała operacja?

- Nie bardzo pamiętam, ale raczej niedużo.

- Medal jakiś pan dostał od wdzięcznej ojczyzny?

- Niech pan nie będzie śmieszny. Choć tak, gdy zostałem szefem UOP, zmieniła mi się kategoria zaszeregowania. Ale to było później. To zresztą nie był mój osobisty sukces, lecz zespołu zweryfikowanych oficerów wywiadu III RP. Miałem tylko szczęście uczestniczyć w pracy tego zespołu.

- Spotykacie się w rocznicę zakończenia operacji?

- Co 5 lat, w rocznicę. Wspólnie z Amerykanami, bo od tej daty zaczęła się prawdziwa przyjaźń obu wywiadów.

- Nie wszyscy. Trzech oficerów z pańskiego zespołu zginęło później w nader niejasnych okolicznościach. Wiadomo zaś. że natychmiast po zakończeniu operacji wywiad iracki zaczął na was polować.

- Nikogo za rękę nie złapano...

- To jaką pan osiągnął satysfakcję? Osobistą? Radość z uratowania grupki obcych panu Amerykanów?

- Człowieku. Amerykanie doprowadzili do umorzenia 20 mld dolarów Gierkowskiego zadłużenia. Gdyby nie to, pan by spłacał je do dziś. I cała reszta podatników, ja też. Mało panu?!

- No tak, Bearden potwierdził, że po operacji negocjacje w sprawie umorzenia długu zaczęły przebiegać pozytywnie, a Polskę postrzegano jako partnera i wiarygodnego sojusznika. Udało się. Ale i tak prawie nikt pana nie lubi.

- ...(żachnięcie, potem uśmiech).

Rozmawiał:

BOHDAN MELKA

Źródło: Tygodnik ANGORA nr 31 (31.07.2011r.), 32 (7.08.2011r.)

 

Gen. bryg. GROMOSŁAW CZEMPIŃSKI (ur. 12.10.1945 r.) - szef Urzędu Ochrony Państwa w latach 1993-1996. Z wykształcenia ekonomista, w 1972 r. zaczął pracować w Departamencie I MSW (wywiad). Ukończył Ośrodek Szkolenia Kadr Wywiadu PRL w Kiejkutach (pierwszy rocznik). Oficjalnie zatrudniony w MSZ służył w placówkach wywiadowczych w USA i Szwajcarii. Za operację iracką odznaczony przez CIA. Postać kontrowersyjna. Zarzucano mu m.in. "przechowywanie" w UOP b. funkcjonariuszy SB, rozpracowywanie agenta "Olina", uleganie prezydentowi Lechowi Wałęsie w kwestii lustracyjnej TW "Bolka", nadmierne związki z biznesem (po przejściu w stan spoczynku w 1996 roku).

Od 2 lat ostro krytykuje tzw. ustawę deubekizacyjną. Zwraca uwagę na objęcie jej działaniem tych funkcjonariuszy służb specjalnych PRL, którzy zostali zweryfikowani pozytywnie i zasłużyli się w III RP Jego otoczenie wie, że wielokrotnie odbierał telefony z bezceremonialnym: - Ty ch..., prawdopodobnie od oficerów niezweryfikowanych.

Druga twarz generała wiąże się z jego nieuleczalnie chorym synem Piotrem.

Z informacji "Angory" wynika, że w latach 80. odmówił przejścia na stronę CIA, mimo że był werbowany obietnicą leczenia dziecka w USA. Do dziś się nim, wraz z żoną, troskliwie opiekuje, poświęcając mu wszystkie wolne chwile.

Jego hobby to lotnictwo. Szefuje Aeroklubowi Warszawskiemu, do niedawna był wiceprezesem Światowej Organizacji Lotnictwa. Od wielu lat walczy o odbudowę polskiego lotnictwa.