Dziś, gdy mamy drugie już pytanie warszawskiego Sądu Apelacyjnego do Sądu Najwyższego, czy reprezentujący dyrektora Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA w postępowaniu przed warszawskim Sądem Okręgowym urzędnik musi mieć uprawnienia radcy prawnego ? (ZER odpowiada na to zainteresowanym, że dysponuje tylko 7 radcami, a więc nie jest możliwe, żeby "obskoczyć" wszystkie sprawy), warto przypomnieć uzasadnienie SN do marcowej uchwały Sądu Najwyższego na poprzednie pytanie SA. Czynię to z jeszcze jednego powodu: nie każdy, nawet zainteresowany, przebrnie przez ponad 20 stron tego uzasadnienia, należy więc wychwycić jego istotę, a ta stawia sędziów najwyższego organu polskiego sądownictwa powszechnego w bardzo ciekawym świetle. Faktycznie - politycznym.

"Państwo totalitarne", "organy bezpieczeństwa państwa o naturze totalitarno-komunistycznej", "ściśle określone (niby w ustawie lustracyjnej, do której odwołuje się ustawa dezubekizacyjna - MT) struktury aparatu przemocy politycznej". Oto epitety, których nie pożałował Sąd Najwyższy RP (Izba Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych) w kwietniowym uzasadnieniu uchwały z 3 marca 2011 r. uznającej, że byłym funkcjonariuszom napiętnowanym przez ustawę "lustracyjno-dezubekizacyjną" (to pojęcie wprowadzone przez SN do "obrotu prawnego") nie przysługuje naliczanie 40 proc. podstawy wymiaru emerytury za pierwsze 15 lat służby.

Wysoki Sąd uznał, w opozycji do pełnomocnika jednej z osób pokrzywdzonych i wielu innych prawników interpretujących przepisy ustawy z 23 stycznia 2009 r., a także niżej podpisanego, że jej "przepisy są jednoznacznie czytelne, a przeto jasne i niewymagające szczególnie pogłębionej analizy prawnej ani prawniczej".

Wychodząc z takiego założenia, sędzia sprawozdawca Zbigniew Myszka mógł skupić się na całkowicie politycznym aspekcie sprawy. Stąd też Wysoki Sąd w składzie: SSN Małgorzata Wrębiakowska-Marzec (przewodnicząca), SSN Zbigniew Myszka i SSA Krzysztof Staryk mogli wyrazić zdumienie, że porównuje się (pełnomocnik skarżącej się osoby, prof. Stanisław Pikulski) funkcjonariuszy policji polskiej po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. "do sytuacji prawnej przeciwników tych wartości (reprezentowały je "demokratyczne formacje niepodległościowo-wolnościowe"), "którzy (...) stosowali lub uczestniczyli w systemie stosowania represji, opresji lub innych środków przemocy politycznej wobec osób lub organizacji działających na rzecz niepodległości, wolności oraz odzyskania przyrodzonych praw człowieka, swobód narodowych, demokratycznych i obywatelskich".

Włos jeży się na głowie, gdy czyta się uzasadnienie pisane językiem inkwizycji, nieustępujące w niczym tyradom najwyższej próby wygłaszanym i wypisywanym przez historyków Instytutu Pamięci Narodowej, lub wygłaszanym przez najbardziej gorliwych harcowników PiS. Zdaniem Sądu Najwyższego obcinanie emerytur funkcjonariuszy "ściśle określonych organów bezpieczeństwa PRL" (np. służby polityczno-wychowawczej ? - MT) to tylko dostosowanie wysokości ich świadczeń emerytalnych "zgodnie z konstytucyjnymi zasadami sprawiedliwości społecznej oraz elementarnej (zwykłej) przyzwoitości" do poziomu świadczeń nabywanych z powszechnego systemu emerytalnego. Chodzi jedynie o to, by ludzie ci nie mieli możliwości dalszego korzystania "z przywilejów niesłusznie, niegodnie lub niegodziwie uzyskanych".

Nie może być inaczej, skoro Sąd Najwyższy jest święcie przekonany, że osoby pełniące służbę w organach bezpieczeństwa państwa totalitarno-komunistycznego (zapewne wszystkie, choć winy im przecież nie udowodniono w normalnych procesach karnych) "stosowały bezprawne, niegodne lub niegodziwe akty lub metody przemocy politycznej wobec innych obywateli".

Wysoki Sąd podparł się także tezą sformułowaną w lutym ubiegłego roku przez sędziego sprawozdawcę w postępowaniu w sprawie ustawy "lustracyjno-dezubekizacyjnej" w Trybunale Konstytucyjnym, dziś już jego prezesa, prof. Andrzeja Rzeplińskiego, że demokratyczne państwo prawne "nie ma obowiązku ani prawa do utrzymywania przywilejów z tytułu bezprawnego zniewalania przyrodzonych praw i swobód obywatelskich przez służby bezpieczeństwa totalitarnego bezprawia państwowego".

W pisarskim ferworze sędzia sprawozdawca Zbigniew Myszka pozwolił sobie zdefiniować, że organa bezpieczeństwa państwa PRL "w istocie rzeczy były strukturami niebezpieczeństwa państwa totalitarnego", więc tego samego państwa, w którym w pamiętnym okresie apogeum stanu wojennego, w 1982 r., obronił doktorat na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

W tak zagęszczonej atmosferze było do przewidzenia, że w konkluzji "Sąd Najwyższy jednoznacznie krytycznie ocenia i dyskwalifikuje powoływanie się na jakiekolwiek argumenty zmierzające do utrzymania przywilejów nabytych z tytułu lub w związku z uczestnictwem w systemie zniewolenia i stosowania represji politycznych przez służby niebezpieczeństwa państwa komunistyczno-totalitarnego".

Oto kwintesencja wykładni prawnej. Najpierw funkcjonariuszy okradziono, później jeszcze upokorzono. Sąd Najwyższy napiętnował kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Bez procesów uznał ich za przestępców. Temidzie nie trzeba zawiązywać oczu. Z natury jest ślepa ?

 Marcel Tabor