Ustawa z 23 stycznia 2009 r. o "dezubekizacji" nie jest wprawdzie tworem rządowym, ale ma pełną akceptację rządzącej koalicji, co potwierdziły sejmowe oraz senackie głosowania. Zresztą zaraz po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, ucieszył się z wyroku publicznie sam premier Donald Tusk. Dbała o społeczne poparcie Platforma Obywatelska jeszcze w kampanii wyborczej 2005 r. wyartykułowała ustami ówczesnego kandydata na "premiera z Krakowa" Jana Rokity, eksperta ekonomicznego Rafała Antczaka i samego Donalda Tuska zapowiedź ograniczenia esbeckich emerytur. Po wieloletniej kampanii zohydzającej Polskę Ludową i jej organy wykonawcze, postulat zaprowadzenia sprawiedliwości społecznej m.in. przez zrównanie emerytur oficerów SB i pielęgniarek (akcentowano to w kampanii wyborczej 2005 r.) trafił na podatny grunt i spotkał się z przychylnością wyborców. To jedna z nielicznych obietnic, która przez Platformę została dotrzymana. 

Wówczas jednak, w wyborach w 2005 r. zwyciężył PiS. Nic więc dziwnego, że pierwszy projekt ustawy "dezubekizacyjnej" dwa lata później wyszykowała partia braci Kaczyńskich i tylko konieczność przeprowadzenia nowych wyborów parlamentarnych stanęła na przeszkodzie realizacji tej inicjatywy. W REZULTACIE, DO IDEI UKARANIA ESBEKÓW powrócili na przełomie lat 2008-2009 posłowie PO, mając zielone światło ze strony swojego kierownictwa, które zorientowało się, że opinia publiczna nie będzie przeciwna takiej akcji. Zagrano więc pod nastroje "ciemnego ludu", który uwierzył, ze obcięcie świadczeń peerelowskiej policji politycznej poprawi sytuację ogółu emerytów. I pisząc ustawę oparto się na wzorach poprzedników z PiS.

Pod projektem ustawy podpisało się 56 w większości mniej znanych parlamentarzystów PO. Wypada jednak przywołać niektóre nazwiska: ówczesny przewodniczący Klubu Parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski, zadziorny medialnie trzydziestoparoletni Sebastian Karpiniuk, etatowy moralista Jarosław Gowin, wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego PO Grzegorz Dolniak, szefowa warszawskich struktur partyjnych Małgorzata Kidawa-Błońska, przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu Iwona Śledzińska-Katarasińska, podhalański działacz Andrzej Gut-Mostowy, członek sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka oraz Ustawodawczej Grzegorz Karpiński, aktualny członek komisji śledczej ds. afery hazardowej Jarosław Urbaniak. Dostali oni należne wsparcie również w trakcie prac w Senacie, gdzie w Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji poparli ich jednoznacznie: przewodniczący Komisji Stanisław Piotrowicz (PiS), Jan Rulewski(PO) oraz wicemarszałek Zbigniew Romaszewski (wówczas PiS). To właśnie Senat, na wniosek i pod dyktando posła Rulewskiego wzbogacił projekt ustawy o wzniosłą preambułę.

Przykre, że gorącymi zwolennikami ustawy zmniejszającej świadczenia funkcjonariuszy SB stali się członkowie Stowarzyszenia Byłych Funkcjonariuszy MO Represjonowanych za Działalność Związkową i Polityczną w latach 1981-1989 "Godność", któremu przewodzi były internowany i były komendant stołeczny Policji Wiktor Mikusiński. Nic zresztą dziwnego, gdyż ten właśnie działacz, jako członek władz Stowarzyszenia Wolnego Słowa był współautorem sporządzonego jeszcze w grudniu 2006 r. apelu do prezydenta RP w sprawie uznania Służby Bezpieczeństwa za organizację przestępczą. Jego sygnatariusze, a nie brak tam znanych nazwisk, postulowali wtedy, aby pozbawić esbeków orderów i odznaczeń, zdegradować do stopni szeregowych i obniżyć im dawne stanowiska, aby otrzymali oni najniższe świadczenia emerytalne i rentowe. Takie zbiorowe postawienie wszystkich dawnych kolegów pod pręgierzem dziwi tym bardziej, jeśli ma się w pamięci liczne wypowiedzi jednego z najwybitniejszych kombatantów ruchu związkowego w MO, Juliana Sekuły z Lublina, który przy każdej sposobności głosił, że wielu funkcjonariuszy SB NIE TYLKO SPRZYJAŁO, ALE W MIARĘ SWYCH MOŻLIWOŚCI I NIE WYKRACZAJĄC nadmiernie POZA OBOWIĄZUJĄCE WÓWCZAS PRZEPISY I LOJALNOŚĆ WOBEC PRZEŁOŻONYCH - IM POMAGAŁO. Ale Julian okazał się "niegodny" przyjęcia do "Godności"...

Piszącemu te słowa nie podobały się również zabiegi niektórych byłych oficerów wywiadu z gen. Gromosławem Czempińskim na czele, podkreślających stale, że wywiadowców i kontrwywiadowców PRL nie powinno się traktować tak samo, jak członków innych pionów Służby Bezpieczeństwa. Nic to nie pomogło. Też znaleźli się wśród przegranych.

Dziś nie ulega już wątpliwości, że uznanie konstytucyjności ustawy "dezubekizacyjnej" w aktualnym kształcie stanie się impulsem do kolejnego polowania na czarownice, za które uzna się najpierw zapewne członków wojskowych służb bezpieczeństwa, potem zomowców, prokuratorów oraz sędziów, etatowych pracowników aparatu PZPR wszystkich szczebli, milicjantów, a później, ku uciesze gawiedzi, może i inne grupy zawodowe funkcjonujące w PRL. Już dziś zauważa się takie tendencje, słuchając wypowiedzi niektórych polityków, że przecież nie można darować gen. Jaruzelskiemu, czy śledczym ze stalinowskiej Informacji Wojskowej, którzy cudem uciekli przed dezubekizacyjnym stryczkiem emerytalnym.

Mimo licznych argumentów prawników z I ligi, determinacji posłów prof. Jana Widackiego (obecnie SD) i Witolda Gintowta-Dziewałtowskiego (Lewica), reprezentujących wnioskodawców uznania ustawy za niezgodną z Konstytucją w Trybunale Konstytucyjnym, pięknej postawy pierwszych "solidarnościowych" ministrów spraw wewnętrznych Krzysztofa Kozłowskiego i Andrzeja Milczanowskiego, zdecydowanej walki środowiska emeryckiego, przy poparciu pozostających w służbie funkcjonariuszy służb mundurowych, tym razem się nie udało. Przegraliśmy bitwę, ale nie przegraliśmy wojny. BÓJ NIE BĘDZIE OSTATNI. Pozostaje pisanie skarg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

A co będzie, jeżeli zostaną tam uwzględnione ?

Marcel Tabor