ZBF SOP

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Tajemnica rakiet "Patriot" - polski konstruktor contra polski szpieg

Mało kto wie, że o Polsce i Polakach w kontekscie rakiet "Patriot" mówiło się w Stanach Zjednoczonych bardzo wiele już na początku lat 80-tych ubiegłego stulecia. Ale była to jedna z największych wtedy afer szpiegowskich. Dokumentację Patriota wykradł Amerykanom agent PRL ppłk. Zdzisław Przychodzień, choć w Polsce powszechnie uważa się, że była to robota mjr. Mariana Zacharskiego. Tymczasem Zacharski nie miał z tym nic wspólnego.

Tygodnik Powszechny

Wyciąg z rozmowy ze Zdzisławem J. Starosteckim - 26.08.2008 r.

"Patrioty" bardzo interesowały wywiady "bloku wschodniego". Pierwsze skrzypce w jego wykradzeniu mieli odegrać Polacy. Czy to nie bolesny paradoks?

Dokumentację "Patriota" wykradł agent PRL ppłk. Zdzisław Przychodzeń, choć w Polsce powszechnie uważa się, że była to robota mjr. Mariana Zacharskiego. Tymczasem Zacharski nie miał z tym nic wspólnego. To Przychodzeń zwerbował do współpracy małżeństwo Jamesa Harpera i Rudy Schiller, zatrudnionych w firmie "Systems Controls" w Kalifornii, dzięki m.in. swym talentom uwodzicielskim. Firma miała dostęp do planów "Patriota", otrzymywanych z naszego ośrodka badawczego. Przez nich Przychodzeń pozyskał dokumentację. Amerykanie wykryli kradzież, ale plany były już w Polsce. Harper z żoną zostali aresztowani. Przychodzeń zdążył uciec z USA. Był zaocznie sądzony i skazany, wyrok amerykańskiego sądu nadal nad nim wisi. 

Czy wiadomo coś więcej na temat akcji Przychodzenia?

Po przybyciu z PRL założył w Palo Alto firmę elektroniczną, która była przykrywką dla jego działalności. Wynajął mieszkanie w apartamentowcu, gdzie mieszkali Harperowie. Nawiązał romans z Rudy. Zaczęło się od gry w tenisa i wyjść do restauracji. Przychodzeń poprosił ją o pokazanie kilku rysunków, nad którymi pracuje mąż w biurze. Kilka udało jej się wynieść, ale powiedziała, że wynoszenie kolejnych nie będzie możliwe, bo nie ma przepustki do biura. Agent poradził więc, by mąż załatwił jej dorywczą pracę w biurze, zapewniającą przepustkę. I tak Rudy Schiller pod pretekstem prac biurowych zostawała dłużej. Po wyjściu pracowników zabierała rysunki do Przychodzenia, które ten przez noc kopiował. Rano, nim przyszli inni, odwoziła plany na miejsce.

Głupota czy świadome działanie?

Jestem przekonany, że wiedziała, co robi, że wykrada tajemnice. Być może motyw erotyczny był silniejszy niż poczucie odpowiedzialności.

Jak właściwie Amerykanie wpadli na ślad Przychodzenia?

Przez Warszawę. Plany "Patriota" trafiły do Warszawy, a stąd od razu do Moskwy, ponoć na biurko Andropowa, szefa KGB. Były tak rewelacyjne, że zaczęto się zastanawiać, czy to nie amerykański podstęp. W końcu stwierdzono, że to kopie autentycznych planów. W Warszawie nie przewidziano jednak, że jeden z polskich speców zaangażowanych w to analizowanie pracuje dla USA. Przekazał, że plany "Patriota" zostały wykradzione.

Ponieważ na rysunkach był mój podpis, zaczął się dla mnie koszmar na jawie. Pewnego dnia zjawiło się u mnie w pracy dwóch agentów FBI. Poprosili o rozmowę w obecności szefa ochrony placówki. Okazało się, że wykradziono 17 rysunków głowicy sygnowanych przeze mnie. FBI szybko ustaliła, że z Harperami przyjaźnił się "biznesmen" Przychodzeń. Zastanawiająca była zbieżność jego i mojego polskiego pochodzenia. Okazało się, że na obu biegunach afery są Polacy: konstruktor i szpieg. Sytuacja budziła oczywiste podejrzenia. Musiałem cierpliwie je rozwiewać podczas wielu długich spotkań. Pokazywano mi podczas nich jakichś facetów w różnych sytuacjach i miejscach: przy samochodzie, przy pniu drzewa (jak się okazało, w lesie pod Waszyngtonem) i w innych nierzucających się w oczy sytuacjach. Nie rozpoznałem nikogo. Mężczyźni byli agentami PRL-owskiego wywiadu.

Przychodzenia już w Ameryce nie było?

Uciekł w ostatniej chwili. Mniej szczęścia miał Zacharski, który wykradł Amerykanom m.in. prawie kompletny zestaw technologii rakiety przeciwlotniczej "Hawk" i rakiety balistycznej "Minuteman". Został złapany i skazany na dożywocie, a potem wymieniony na kilkunastu agentów USA. Wrócił do Polski. To, że fetował go gen. Jaruzelski - rozumiem. Jednak nigdy nie potrafiłem zrozumieć zachwytów, dla których był hołubiony przez ministrów z rządu Mazowieckiego. Powierzono mu nawet kierownictwo wywiadu wolnej Polski. Pisałem do premiera Mazowieckiego, domagając się, by dla PRL-owskich szpiegów, takich jak Przychodzień i Zacharski, pośrednio pracujących przecież dla Moskwy, nie było miejsca w służbach III RP.

Zacharski mówi dziś, że pracował dla Polski, takiej jaka była, a nie dla Moskwy.

Bzdura. Każdy najmujący się w PRL do tej roboty wiedział, jakie są relacje PRL z Sowietami. Nie kryję jednak oburzenia, że pokazuje się film o Zacharskim gdzie portretowany jest jako polski bohater i patriota. Celu nie jestem w stanie pojąć. Nie będę tego dalej komentował.

Przygoda z Przychodzeniem nie wpłynęła na dokończenie przez Pana prac nad "Patriotem"?

Nie. Prace nad "Patriotem" zostały zakończone z sukcesem w 1987 r. W 1989 r. znalazł się na wyposażeniu armii USA. W 1991 r. stał się technicznym bohaterem wojny w Zatoce Perskiej, zwalczając rakiety sowieckiej produkcji wystrzeliwane przez Irak na Izrael. Jeszcze lepiej spisał się "Patriot 3" podczas wojny irackiej w 2003 r.

Czuł Pan wtedy satysfakcję?

Oczywiście. Rezultatami nie byłem jednak zaskoczony. Tak to po prostu miało działać.

Otrzymywał Pan wtedy gratulacje. Od kogo?

Od prezydenta, Kongresu, Pentagonu. Wspominano mnie w mediach. Na rocznicę wojny pamiętał o mnie następny prezydent, przysyłając serdeczny list rozpoczynający się "Drogi Zdzisławie", a kończący "szczerze oddany Bill Clinton".

Doświadczył Pan dowodów uznania od ojczyzny?

Za II wojnę otrzymałem od gen. Andersa Krzyż Walecznych i Virtuti Militari. W 1993 r. odznaczał mnie w Warszawie Lech Wałęsa Krzyżem Czynu Zbrojnego z komentarzem, że to za "Patriota". Potem, od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego otrzymałem Krzyż Oficerski Orderu Zasługi RP. Przed rokiem Komandorią tego orderu uhonorował mnie prezydent Lech Kaczyński. Otrzymywałem kolejne awanse, do pułkownika. Na brak pamięci nie narzekam, choć nigdy o nią nie zabiegałem.


ZDZISŁAW JULIAN STAROSTECKI (ur. 1919) jest emerytowanym inżynierem, generałem brygady Wojska Polskiego (od 2009 r.), w 1960 roku trafił do Centrum Badań Obronnych Armii USA jako absolwent politechniki Stevens Institute of Technology. Długo sprawdzany, został przyjęty m.in. dzięki rekomendacji Edison Laboratories. - Najpierw pracował nad pociskami do dział, zdolnymi do przenoszenia głowic jądrowych. Potem trafił do działu rakiet przeciwpancernych. Na początku lat 80. został szefem 40-osobowej grupy projektującej radar i głowicę rakiety przeznaczonej do zwalczania samolotów. Wkrótce projekt rakiety przeszedł najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że można jej użyć do niszczenia rakiet dużego i średniego zasięgu z ładunkiem jądrowym. Uczestniczył w pracach nad pierwszą tzw. antyrakietą.