ZBF SOP

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Cień Szakala

Najjaśniejsza gwiazda CBA - agent "Tomek" mógłby w wywiadzie PRL co najwyżej biegać po papierosy. Mimo że ówczesne służby stały po złej stronie barykady, te dzisiejsze mogłyby się od nich wiele nauczyć.

Wojciech Brochwicz tak wspomina dzień, w którym dwadzieścia lat temu wraz z ekipą reformatorów ministra Krzysztofa Kozłowskiego przekraczał próg MSW, by przekształcić SB w UOP: "Szedłem z nastawieniem, że wkraczam do gniazda żmij. Do jądra ciemności, siedziby zbrojnego czerwonego ramienia".

Na początku lat 90. wyznał, że z obawy przed zemstą esbeków - gdy został sekretarzem komisji weryfikacyjnej - zmienił nazwisko z Raduchowski na Brochwicz.

Kilkanaście miesięcy później nie tylko pracował ramię w ramię z byłymi esbekami, ale też wstąpił do szkoły wywiadu w Kiejkutach gdzie byli wykładowcami. Do dziś o swoich byłych współpracownikach i nauczycielach wypowiada się z uznaniem i szacunkiem.

Kiedy komisja weryfikacyjna rozpoczynała w lipcu 1990 r. pracę, w SB pracowało 24 tysiące funkcjonariuszy. Do weryfikacji przystąpiło ponad 14 tys. Pozytywnie zaopiniowano 10 439, negatywnie - 3 595. Ostatecznie zatrudniono po weryfikacji 4,5 tysiąca osób.

Z Departamentu I i II MSW (wywiadu i kontrwywiadu) weryfikację przeszło pozytywnie 80 proc. funkcjonariuszy.

Minister Krzysztof Kozłowski tak wspomina weryfikację: "Wytypowaliśmy te struktury PRL-owskiego MSW, które były rzeczywiście szkodliwe, bo zajmowały się walką z polską inteligencją, z Kościołem, z "Solidarnością" czy z polskimi chłopami. Zlikwidowaliśmy je, bo ich "usługi" były nie tylko moralnie złe, ale i niepotrzebne demokratycznemu państwu. Uznaliśmy natomiast, że III RP potrzebny jest nadal wywiad i kontrwywiad. Wywiad PRL miał struktury i sporo sukcesów, ale jego działalność - a co za tym idzie metody - miała charakter agresywny i wrogi wobec krajów zachodnich. Nie ma się co dziwić, ze nawet po 1989 r. były one nieufne wobec Polski. Przyglądały się naszym reformom, ale wciąż czuć było dystans. A my chcieliśmy, by uznały nas za sojuszników. Było jasne, że poza przeglądem kadr trzeba będzie przeprofilować kierunki pracy tych służb". Jednym z pierwszych posunięć mających zaskarbić Urzędowi Ochrony Państwa zaufanie nowych sojuszników było częściowe ujawnienie przed nimi tego, co wywiadowi PRL udało się osiągnąć.

Niektóre informacje okazały się szokujące. "Amerykanie nie mogli uwierzyć, że wszystkie kanały ich komunikacji, przechodzące przez ambasadę USA, były pod pełną kontrolą wywiadu PRL. Pokazaliśmy  im zdjęcia naszych agentów, którzy zrobili je sobie na pamiątkę w gabinetach najwyższych urzędników placówki, z ambasadorem włącznie" - wspomina Wojciech Brochwicz.

 MOST TERRORU

Wkrótce zaufanie do funkcjonariuszy polskiego wywiadu zostało zbudowane w akcji. Pierwszą, nieco dziś zapomnianą, była operacja "Pomost".   Warszawskie lotnisko Okęcie stanowiło wówczas element  mostu powietrznego, którym transportowano tysiące Żydów emigrujących z ZSRR do Izraela. Obawiano się ataków terrorystów palestyńskich. Z powodu podobnych obaw udziału w "Pomoście" odmówiły Węgry i Czechosłowacja. "Radzieckie samoloty zostawiały uchodźców na Okęciu, gdzie brały ich na pokład izraelskie. Setki ludzi koczowały na płycie lotniska - wspomina Krzysztof Kozłowski. - Służby meldowały, że operację obserwują i zbierają o niej informacje przebywający w Polsce dyplomaci arabscy. Zaczęliśmy się wówczas interesować, czy i co łączyło nas z terrorystami w czasach PRL-u".

Chociaż nikt z kierownictwa ówczesnego UOP nigdy głośno się do tego nie przyznał, wiadomo, że operacja "Pomost" zakończyła się prestiżowym sukcesem Polski, głównie dzięki kontaktom agentury PRL-u i rozbudowanej swego czasu w krajach arabskich i w arabskich organizacjach, także terrorystycznych. W latach 60. i 70. terroryzm zaczął  zagrażać spokojnym dotąd krajom Europy Zachodniej. Mnożyły się porwania i morderstwa polityków, biznesmenów, zamachy bombowe, uprowadzenia samolotów. Na początku lat 80. wielu politologów na Zachodzie uznało, że  terrorystyczna fala może być elementem spisku kierowanego przez Moskwę, aby - jak określała to w książce "Sieć terroru" Claire Sterling - zniszczyć Wolny Świat. Według tej koncepcji z Kremla szły polecenia do poszczególnych krajów satelickich, także do Polski.

Kraje socjalistyczne miały rozpisane role do odegrania. Jedną z takich ról była pomoc terrorystom, wywodzącym się z krajów arabskich i współpracującym z nimi "bojownikom" z zachodniej Europy - niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii, francuskiej Akcji Bezpośredniej i włoskim Czerwonym Brygadom. Dziś wiadomo, że członkowie Frakcji Czerwonej Armii rezydowali często w NRD, a ostatnio z IPN wypłynęły dokumenty świadczące, że ukrywali się także na Mazurach. Osławiony "Carlos", czyli Ilich Ramirez Sanchez (ponoć stanowił inspirację dla F.Forsytha, autora "Dnia Szakala"), miał bazę w Budapeszcie, ale w drodze do Moskwy bywał w Warszawie. Nikt go tu nie niepokoił. Przed laty w jednym z wywiadów radiowych przyznał to nawet Konstanty Miodowicz, były szef zarządu kontrwywiadu UOP. Stwierdził, że PRL, choć bez entuzjazmu, wspierała terrorystów. Musiała wspierać, gdyż takie polecenia szły z Łubianki w Moskwie. O ile inne  państwa bloku wschodniego szkoliły i zbroiły, PRL tolerowała ich  obecność na swoim terytorium. Oczywiście pod ścisłą kontrolą i - jak się wyraził Miodowicz - sztywną obserwacją.

Według Henryka Piecucha, który powołuje się na swoje wielokrotne rozmowy z gen. Władysławem Pożogą, wiceministrem spraw wewnętrznych w latach osiemdziesiątych, jest przynajmniej jeden dowód na aktywny udział służb specjalnych PRL we wspieraniu terrorystów. Otóż wspomniany "Carlos", dokonując w lutym 1981 r. zamachu na siedzibę Radia Wolna Europa w Monachium, korzystał ze zdobytych przez polski wywiad schematów zabezpieczenia budynków RWE. Dziś wiadomo, że podobne plany (zamachu bombowego na RWE) snuły też peerelowskie służby specjalne. Pisze o tym historyk IPN Paweł Machcewicz w tekście "Teczka Fondy", czyli o początkach penetracji agenturalnej Radia Wolna Europa". Sprawa rozpracowania operacyjnego o kryptonimie "Fonda" została założona w listopadzie 1963 r. Osobą rozpracowywaną (czyli figurantem) był Jerzy Bożekowski, spiker w Rozgłośni Polskiej RWE. Agent dostarczył wywiadowi kompletnych informacji o pracownikach rozgłośni, z jej dyrektorem Janem Nowakiem-Jeziorańskim włącznie. Ale nie tylko.

Prowadzący "Fondę" pułkownik Departamentu I MSW Schwarz donosił: "W toku rozmów, sondażowo, informowałem się u "Fondy" o możliwości dokonania w rozgłośni aktu sabotażowego, a konkretnie  wysadzenia rozgłośni w powietrze, unieruchomienia jej na dłuższy czas lub całkowitego zniszczenia. (...) "Fonda" (..) doradzał natomiast zniszczenie amplifikatorni, która jest sercem rozgłośni (...). Za odpowiednim do uzgodnienia wynagrodzeniem, "Fonda" gotów jest podjąć się roli organizatora akcji w oparciu o niewielkich rozmiarów materiał wybuchowy, który mu dostarczymy. Do następnego spotkania "Fonda" rozejrzy się po budynku mając na uwadze techniczną stronę zagadnienia, możliwość umieszczenia materiału".

Obywatele krajów arabskich przyjeżdżali regularnie w interesach - wspomina Maciej G., w latach 70. i 80. pracownik hotelu Victoria. "Mieszkało u nas kilkudziesięciu rezydentów z Bliskiego Wschodu, przebywali często kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Jednym z nich był Abu Daud, który zajmował najdroższy apartament prezydencki i miał na stałe zamówiony stolik w nocnym klubie "Czarny Kot". Wszyscy legitymowali się dyplomatycznymi paszportami, co pozwalało im wymieniać walutę na czarnym rynku i jednocześnie korzystać z polskich cen hotelowych. Niektórzy mieli po kilka paszportów, bywało, że bez skrępowania dobrze znany w hotelu gość meldował się raz jako Jordańczyk, raz jako Irakijczyk, a jeszcze kiedy indziej jako Saudyjczyk - ciągnie G. - Zupełnie otwarcie pojawiali się w towarzystwie notabli z Ministerstwa Handlu Zagranicznego i umundurowanych oficerów Ludowego Wojska Polskiego".

Wiadomo, że przybysze zajmowali się m.in. handlem bronią. To w Polsce Syryjczyk Monzer al-Kassar za pośrednictwem MHZ kupił kałasznikowy i granaty użyte w październiku 1985 r. do porwania przez członków Frontu Wyzwolenia Palestyny statku pasażerskiego "Achille Lauro". Z tej broni zabili strzałami w głowę i klatkę piersiową zakładnika - Amerykanina żydowskiego pochodzenia, multimilionera Leona Klinghoffera, 69-letniego inwalidę poruszającego się na wózku, a jego ciało wyrzucili za burtę. W latach 80. działała w Warszawie, z oficjalną siedzibą w "Intraco", firma SAS Trade and Investment, która należała do siatki przedsiębiorstw finansujących działalność Abu Nidala. W tamtym czasie jednego z najbardziej poszukiwanych terrorystów świata, przywódcy palestyńskiej organizacji Fatah-Rada Rewolucyjna, która dokonała ponad stu zamachów, zabijając kilkaset osób. Sam Nidal zaś przez cztery lata między 1980 i 1984 r. pomieszkiwał przy ulicy Bagno 3 w Warszawie.

Po operacji "Most" UOP (także wykorzystując agenturę w krajach arabskich, tyle że tym razem związaną z oficjalną współpracą gospodarczą) w pełni pozyskał zaufanie nowych sojuszników szeroko dziś znaną, kierowaną przez Gromosława Czempińskiego, operacją wywiezienia obywateli amerykańskich ze znajdującego się w obliczu inwazji USA Iraku.

W połowie lat 90. polskie media donosiły: udana akcja wyprowadzenia amerykańskich agentów z Iraku przyczyniła się do tego, że  administracja prezydenta Georgea Busha seniora doprowadziła do umorzenia przez USA i inne kraje zachodnie połowy polskiego zadłużenia z czasów PRL, a także że akcja przetarła Polsce drogę do NATO.

PATRIOTA W PROSZKU

W latach 70. wywiad PRL odnosił wielkie sukcesy w dziedzinie kradzieży zachodnich technologii i to zarówno wojskowych, jak i cywilnych. Niektórzy byli oficerowie Departamentu I MSW twierdzą, że to właśnie wywiad dostarczył przemysłowi rewolucyjne jak na ówczesny poziom technologiczny peerelowskiego przemysłu receptury na proszek IXI i polopirynę. Pierwszy miał być kopią proszku OMO, drugi - repliką aspiryny. Są to jednak informacje nie mające potwierdzenia w innych źródłach. Zaprzecza temu stanowczo choćby Mieczysław Wilczek, właściciel patentu na IXI, późniejszy minister przemysłu w rządzie Mieczysława Rakowskiego. Za patent dostał zresztą w 1965 r. astronomiczną kwotę, miliona zł. Były oficer wywiadu pułkownik Henryk Bosak, dziś radny Warszawy z ramienia SLD i autor szpiegowskich powieści, wspomina: "Ekipa Gierka pragnęła dokonać skoku cywilizacyjnego i to za wszelką cenę. Kupowano więc licencje, ale też kradzione technologie płynęły do kraju szerokim strumieniem".

Sam Bosak, który w końcu został zdekonspirowany jako agent wywiadu we Francji podczas próby zwerbowania zastępcy szefa kontrwywiadu tego kraju, przyznaje się do dwóch sukcesów: podstawienia jeszcze w latach sześćdziesiątych fałszywego syna generałowi Bundeswehry, który przez lata szpiegował na rzecz PRL-u, i kradzieży we Francji planów i części do budowy kolorowych kineskopów. Trafiły one do zakładów Unitra Polkolor w podwarszawskim Piasecznie (o ironio, kupionej w latach 90. przez francuskiego Thompsona).

Największym sukcesem na polu kradzieży technologii była akcja gen. Mariana Zacharskiego w USA. Zacharski działał w Kalifornii od 1975 r. jako przedstawiciel handlowy centrali handlu zagranicznego Metalexport. Zaprzyjaźnił się z tonącym w długach sąsiadem Williamem Bellem.

Do chwili swego aresztowania w 1981 r. Zacharski nakłonił Bella do przekazania, za cenę ok. 20 tys. dolarów, długiej listy tajnych i praktycznie rzecz biorąc bezcennych materiałów: dokumentacji technicznej rakiet przeciwlotniczych typu Hawk, rakiet typu Phoenix, radarów dla samolotów typu Stealth, myśliwca F-15 Eagle oraz sonarów dla atomowych okrętów podwodnych. Zacharskiemu przypisuje się również udział w zdobyciu egzemplarza najnowszego wówczas amerykańskiego czołgu M-l Abrams.

O tym, ile wart był Marian Zacharski, świadczy cena, jaką za niego zapłacono. Skazanego w USA na dożywocie wymieniono za aż 25 szpiegów NATO aresztowanych za żelazną kurtyną.

Generał Gromosław Czempiński wspomina, że technologie zdobyte przez Zacharskiego były tak zaawansowane, że w Polsce wręcz nie wiedziano, co przedstawiają plany. "Równie dobrze mógłby przysłać latający spodek" - mówi Czempiński. Plany zostały więc sprzedane Sowietom.

Tuż przed Zacharskim podobnie wielki, jeśli nie większy i do dziś niesłusznie przypisywany Zacharskiemu, sukces odniósł w USA inny polski szpieg ppłk Zdzisław Przychodzień. Zwerbował do współpracy małżeństwo Jamesa Harpera i Rudy Schiller, zatrudnionych w kalifornijskiej firmie Systems Controls. Przychodzień uwiódł Rudy i nakłonił ją do skopiowania kompletnych planów antyrakiet Patriot. Tych samych, które mają teraz być zainstalowane w Polsce, by bronić naszej przestrzeni powietrznej.

Plany Patriotów trafiły do Warszawy, a stąd, podobnie jak zdobycze Zacharskiego, od razu do Moskwy - ponoć prosto na biurko Jurija Andropowa, ówczesnego szefa KGB. Były tak rewelacyjne, że zaczęto się zastanawiać, czy to nie amerykański podstęp. W końcu uznano je za kopie autentycznych planów.

Akcja Przychodzienia była sukcesem podwójnym, bo szpiega, choć zdemaskowanego przez FBI, udało się w ostatniej chwili z Ameryki wycofać. Tajnym kanałem przerzutowym przy cichej współpracy wywiadu japońskiego, przez Tokio i Moskwę (gdzie z rąk Andropowa odebrał wysokie odznaczenie sowieckie) dotarł bezpiecznie do Warszawy. Na szczęście dla Amerykanów (i nie tylko), Sowieci i ich satelici nie potrafili wykorzystać w pełni zdobyczy Zacharskiego i Przychodzienia. USA nie wycofało się ze "spalonych" projektów. Prace nad Patriotem zostały zakończone z sukcesem w 1987 r. W 1989 r. system obronny znalazł się na wyposażeniu armii Stanów Zjednoczonych. Zaś w 1991 r. starł się zwycięsko w Zatoce Perskiej z rakietami opartymi na technologii sowieckiej, wystrzeliwanymi przez Irak na cywilne cele w Izraelu. Jeszcze lepiej spisała się trzecia generacja rakiet Patriot podczas wojny irackiej w 2003 r. Ile warta jest zdobycz ppłk. Przychodzienia, świadczą głośne protesty Rosji przed rozmieszczeniem baterii Patriot w Polsce. Dowodzą bowiem, że do dziś system nie ma dla siebie skutecznego przeciwnika.

KREMLOWSKIE PODCHODY

Minister Krzysztof Kozłowski narzekał w jednym z wywiadów, że nowo powstały UOP był w pierwszych latach działania całkowicie "ślepy" na Wschodzie, gdyż ZSRR jako sojusznik, ba - zwierzchnik polskiej bezpieki, a wiec także wywiadu i kontrwywiadu, nie mógł być w czasach PRL-u przedmiotem rozpracowania operacyjnego.

Wiemy dziś jednak o przynajmniej jednej przeprowadzanej na "kierunku wschodnim" akcji peerelowskiego wywiadu, która być może zmieniła bieg historii.

Latem 1964 r. wraz z grupą dziennikarzy radzieckich odwiedził RFN Aleksiej Adżubej - redaktor naczelny "Izwiestii", a prywatnie zięć Nikity Chruszczowa. Został przyjęty przez wszystkich najwyższych członków niemieckiego rządu. W Polsce Gomułki wizycie tej przyglądano się z dużym niepokojem.

Zaostrzała się zimna wojna. Większość państw zachodnich nie uznawała granicy na Odrze i Nysie. Niemcy dzielił mur berliński, dzięki któremu poniekąd istniała NRD. PRL ze swymi Ziemiami Odzyskanymi była zakładnikiem podziału Niemiec i polityki ZSRR wobec nich. Mieczysław F. Rakowski pisze w swych pamiętnikach, że dla władz PRL jasne było, że RFN przyjmuje Adżubeja nie jako redaktora, lecz nieoficjalnego wysłannika Chruszczowa. Jego głos traktowany zaś był jak stanowisko I sekretarza KC KPZR. Tymczasem ten, jak wspomina Rakowski, zachowywał się w RFN ?bardzo swobodnie i mizdrzył się do Niemców". Mówił: "My, Rosjanie, jesteśmy jedynymi, którzy rozumieją was, Niemców". Chlapnął nawet, że jeśli Niemcy chcą, to niech sobie zburzą ten mur. Zaś ZSRR jest gotów rozmawiać o wszystkich drażliwych kwestiach.

Janusz Rolicki w biografii Edwarda Gierka, powołując się na relację sekretarza KC Jana Szydlaka, twierdzi, że Gomułka wydał bezprecedensowy i ryzykowny dla stosunków polsko-sowieckich rozkaz rozpracowania operacyjnego przez wywiad PRL wizyty Adżubeja w RFN.  Rolicki pisze: "Polscy oficerowie w sposób zaskakująco skuteczny nagrali wypowiedzi zięcia Chruszczowa wygłoszone na nieoficjalnych spotkaniach. Świadczyły one niezbicie, że wysłannik Kremla jest skłonny oferować Niemcom, kosztem Polski, nie mówiąc już o NRD, znaczne ustępstwa terytorialne za cenę wystąpienia Niemiec Zachodnich z NATO".

Po zdobyciu tych dowodów Gomułka przesłał do Moskwy kopie nagrań i ostry list protestacyjny, w którym groził, że Polska nie zaakceptuje żadnych ustępstw terytorialnych na rzecz Niemiec i paktowania w tej sprawie ponad jej głową. Przy czym list dostał zarówno Chruszczow, jak i jego rywal Leonid Breżniew.

Henryk Bosak, który uważa dziś zdobycie tych taśm za największy sukces wywiadu PRL, twierdzi, że Polacy otrzymali je na ręce rezydenta wywiadu w Maroku, od pracownika ambasady Francji. Skąd jednak ten miał nagrania, Bosak nie ujawnia. Niektórzy badacze spekulują, że taśmy dostarczyła Stasi, która była niewątpliwie, podobnie jak PRL, żywotnie zainteresowana utrzymaniem twardego kursu ZSRR wobec Niemiec Zachodnich.

Kiedy Chruszczow przebywał na urlopie w Gruzji, z jego zięciem rozmawiał szef KGB Władimir Siemiczastny. Rozmowę sprowokował sam Adżubej, który nie podejrzewając w najmniejszym stopniu wywiadu PRL, sądził, że to KGB nagrało jego rozmowy. Siemiczast-ny odesłał go do Andropowa, ten zaś poinformował o zaniepokojeniu "polskich towarzyszy". Chruszczow nie wiedział bądź lekceważył fakt, że co najmniej od roku szykowany jest przeciw niemu spisek partyjnych towarzyszy: Breżniewa, Susłowa, Kosygina, Siemiczastnego i Andropowa. Taśmy stały się prawdopodobnie ostatnią kroplą, która przepełniła czarę goryczy rozczarowanych kryzysem gospodarczym i klęskami w polityce zagranicznej spiskowców.

13 października 1964 r. do wypoczywającego na urlopie Chruszczowa zadzwonił Leonid Breżniew z zaproszeniem na posiedzenie prezydium partii. W samolocie gensek zauważył, że jego ochronę osobistą zastąpili oficerowie KGB. Na lotnisku oczekiwał go tylko Siemiczastny, który poinformował, że ma go odwieźć na Kreml. Na Kremlu KGB rozbroiło ochronę Chruszczowa, zaś podczas  posiedzenia prezydium I sekretarz został zdjęty ze wszystkich zajmowanych stanowisk. Podobnie Adżubej. Sprawa taśm nie została poruszona. Formalnie I sekretarz został zwolniony z obowiązków "w związku z podeszłym wiekiem i pogorszeniem się stanu zdrowia". Dzień po plenum zadzwonił do Gomułki sekretarz KC KPZR Michaił Susłow, który w imieniu nowego kierownictwa zapewnił, że polityka zagraniczna ZSRR wobec Polski się nie zmieni. Potem zadzwonił Leonid Breżniew - nowy przywódca Związku Sowieckiego. Jak twierdzi syn Gomułki, Ryszard Strzelecki-Gomułka, sprawa ta była dla jego ojca wyjątkowo traumatycznym przeżyciem.

Źródło:Fokus - Historia nr 2/2010 (luty) - Igor T. Miecik
Reporter "Newsweeka", laureat wielu nagród dziennikarskich, m.in. Grand Press