Szanowny Panie (Szanowna Pani?)!

Zgadzam się z wyrażonym w "Angorze" poglądem gen.Kapkowskiego, że "w rozliczeniach PRL-owskich służb specjalnych nie może być żadnej tolerancji w żadnym przypadku łamania prawa, stosowania przemocy i krzywdzących wyroków" i nie widzę w tych słowach nic "absurdalnego" (czy cynicznego - jak można by wnioskować z treści Pana/Pani wypowiedzi). Nie zgadzam się jednocześnie z Pana (Pani) zarzutem, że to środowisko b.funkcjonariuszy służb specjalnych "przez ostatnie 20 lat starannie blokowało wszelkie próby normalnego i uczciwego rozliczenie przypadków łamania prawa, stosowania przemocy i krzywdzących wyroków".


      W każdym postępowaniu sądowym podejrzani na ogół starają się wykazać, że nie są winni lub zminimalizować swoją winę - do czego mają pełne prawo, łącznie z odmową zeznań - a świadkowie obrony i oskarżenia - często mając sympatię do jednej lub drugiej strony - są skłonni mówić przede wszystkim o tym, co służy potwierdzeniu tezy jednej strony i zaprzeczeniu drugiej. Po drugie upływ 15 czy 20 lat może rzeczywiści skutkować problemami z pamięcią. Tak jest we wszelkich postępowaniach sądowych, nie tylko tych, które dotyczą b.funkcjonariuszy.
     
      Jak mielibyśmy - jako środowisko - wpłynąć na przyspieszenie postępowań w tych procesach? Zgodzić się na odstąpienie od podstawowych zasad prawa - domniemania niewinności i obowiązku udowodnienia winy? Zgadzać się na lincze, by zaspokoić czyjąś potrzebę zemsty lub wprowadzić na serio komediową zasadę "prawo prawem a sprawiedliwość musi być po naszej stronie" - jako podstawę "normalnego i uczciwego rozliczenia", o której Pan/Pani pisze?
      Nie dlatego te procesy nie znajdują na ogół finału, którego Pan/Pani (i wiele osób w Polsce) oczekuje. Problem tkwi, jak sądzę, w tym, że "powszechne oczekiwanie" (często jest to gra medialna) jakiegoś orzeczenia niekoniecznie jest potwierdzeniem zasadności aktu oskarżenia i żądanego wymiaru kary. To ferowanie wyroków w tych sprawach przez media i polityków szukających popularności, często jeszcze przed rozpoznaniem sprawy przez sąd (patrz: obecny projekt ustawy o odebraniu "przywilejów", z szykanami wobec członków WRON, których sprawa jest ciągle w sądzie), jest przyczyną późniejszych frustracji, gdy z aktu oskarżenia niewiele zostaje, a nie "blokowanie prób rozliczenia morderców" przez "środowisko b.funkcjonariuszy".
     
      Z łatwością teraz wobec b.funkcjonariuszy SB operuje się (i ta łatwość, jak się okazuje, dziwnie narasta z upływem czasu od wydarzeń, o których mowa) twierdzeniami o ich "uwikłaniu w morderstwa i stosowanie tortur".
      Nie zgadzam się z tym! - i nie jest to "zawodowa solidarność" ani "złe nawyki zawodowe", ale moja osobista wiedza o tamtym okresie. W trakcie mojej 10-letniej służby w SB (całe lata 80-te), poznałem setki funkcjonariuszy, dziesiątki prowadzonych przez nich spraw, teczek TW, materiałów archiwalnych. O ile nie ulega wątpliwości, że w okresie stalinowskim w służbach łamano obowiązujące prawo, dopuszczano się przestępstw uzasadniających powyższe zarzuty (co zresztą też nie upoważnia do stwierdzeń, że wszyscy pracownicy tych służb tak postępowali i że wszystkie ich działania wymierzone były w polskie dążenia niepodległościowe, bo bezsprzecznie właśnie walka z Wehrwolfem, o której Pan/Pani wspomina, czy zwalczanie działalności tzw. Organizacji Gehlena, UPA lub bandycko-szabrowniczej tym dążeniom służyło i choćby ze względu na - nieżyjących już na ogół - bohaterów tych działań, nie wolno czynić takich uogólnień!), to w okresie, który znam z autopsji, nie zetknąłem się z żadną tego typu sytuacją.  Proszę przy tym zwrócić uwagę i jakoś logicznie zinterpretować to, że zabójstwo ks.Popiełuszki, zbrodnia popełniona przez funkcjonariuszy SB, zostało bardzo szybko - z udziałem innych funkcjonariuszy SB - wykryte, a sprawcy ponieśli surową karę. Znam natomiast przypadek dwóch oficerów (z "przyspieszonego naboru" ok. roku 1980 - 1981), z których jeden szczycił się, że drzwi do pomieszczenia organizacji zakładowej "Solidarności" w jednym z zakładów pracy w grudniu 1981r. otworzył nogą, a drugi... miał inne jeszcze pomysły. Obydwaj wylecieli ze służby, chyba jeszcze przed zawieszeniem stanu wojennego - ten pierwszy trafił ostatecznie za kraty, drugiego spotkałem na trasie PKS jako... "kanara" (pewnie do tego właśnie miał najlepsze predyspozycje). Nie wydaje mi się przy tym, bym pełnił służbę w jakiejś enklawie, odizolowanej od rzeczywistości (był to WUSW, który internował chyba najwięcej osób w kraju), a z wypowiedzi innych moich znajomych z tego okresu wynikają podobne spostrzeżenia.
      Jeśli więc ktoś uważa, że w latach 80-tych był "torturowany" przez funkcjonariuszy SB, to co mu dotychczas przeszkadzało (w szczególności za rządów ministrów sprawiedliwości takich jak Kaczyński czy Ziobro, przy wielokrotnie zweryfikowanych zastępach nowych prokuratorów i odmłodzonych sądach) zgłosić taki fakt do Prokuratury, powodując wszczęcie postępowania..? Przecież mając personalia poszkodowanego i datę popełnienia przestępstwa, które się zgłasza, bez problemu rzesza 2.000 pracowników IPN, dysponujących na wyłączność (służby wszystko im przekazały) uporządkowaną już dokumentacją po SB, w tym dot. prowadzonych spraw operacyjnych i aktami personalnymi oficerów z ich zdjęciami i rysopisami (nie zachowała się chyba tylko część materiałów dot. agentury i teczki TEOK), może bez trudu odszukać, kto prowadził sprawę danej osoby (SB była strukturą bardzo zbiurokratyzowaną, nic się nie działo bez rejestracji, planów przedsięwzięć operacyjnych i notatek dot. każdej wykonywanej czynności), kto w określonym czasie ją przesłuchiwał (a przynajmniej odpowiadał za daną sprawę i bez jego wiedzy nic nie mogło się zdarzyć), jeśli z tym faktem związane były "tortury", czy rysopis się zgadza..
      Okazuje się jednak, że "wszyscy" wiedzą, że były "tortury", po czym nie znajdują się poszkodowani, którzy mogliby wskazać sytuację, kiedy oni konkretnie (a nie ktoś inny, o kim słyszeli) tego doświadczyli. Słyszałem o pobiciu ks.Zalewskiego - sprawców, zdaje się, nie wykryto, poszkodowany jest przekonany, że musieli to być funkcjonariusze SB. Może tak było, może faktycznie ksiądz trafił na kogoś takiego jak tych dwóch, o których pisałem wcześniej. Nawet teraz w organach ścigania (w Polsce i w innych krajach demokratycznych) zdarzają się ludzie, którzy nigdy nie powinni tam trafić i mija jakiś czas, gdy zostają wyeliminowani (np. przypadki, w ciągu ostatnich 10 chyba lat, pobicia na śmierć czy zastrzelenia przez funkcjonariusza kogoś zatrzymanego, które tak poruszyły opinię publiczną). Nawet jednak gdyby tak się zdarzyło (a jest to tylko domniemanie), to nie daje to żadnych podstaw do uogólnień w stosunku do całej 24-tysięcznej rzeszy funkcjonariuszy i mówienia o "torturach". W kwestii nazewnictwa zresztą też trzeba mieć jakiś umiar, bo jak wtedy nazwiemy prawdziwe tortury, stosowane przecież nawet w czasach "nowożytnych" - np. przez juntę Pinocheta w Chile czy wojskowych w Argentynie we wcale nie tak odległej przeszłości, lub wywiad amerykański zupełnie współcześnie..?
     
      Podstawową kwestią, o której się nie mówi, dokonując obecnie tych ocen służb specjalnych PRL jest fakt, że nie tylko służby te stały na gruncie obowiązującego wówczas prawa i znajdowało to pełne odzwierciedlenie we wszystkich instrukcjach operacyjnych, w tym tych najbardziej tajnych (np. Instrukcja  006), ale też że w służbach nie było generalnie atmosfery do łamania prawa i aprobaty dla postaw, które mogłyby do tego prowadzić. I może właśnie wiedząc o tym z posiadanych materiałów, żaden historyk IPN nie chce się podjąć analizy motywacji i postaw funkcjonariuszy polskich służb specjalnych w latach 80-tych - łatwiej jest po prostu gołosłownie i kłamliwie oświadczyć, że działali z polecenia "sowietów" i byli siepaczami z morderczymi instynktami.
     
      A co do, generalnie, metod pracy, to mogę powiedzieć, że w okresie pracy w SB i później stosowałem podobne, zmieniały się tylko ich nazwy instrukcyjne oraz (to akurat ważne) procedury decyzyjne  - nie łamiąc ani wtedy ani w latach 90-tych obowiązującego prawa. Są to często metody trudne do radosnej aprobaty ze strony tych, którzy znaleźli się w zainteresowaniu służb, ale żadna współczesna służba z nich nie rezygnuje - takie są realia świata, w którym żyjemy i takie są wymogi ochrony interesów państwa, w tym każdej kolejnej RP.
      A pierwsze materiały, jakie otrzymałem do przeczytania po przyjęciu do służby, to - obok książki o zasadach szyfrowania - były wstrząsające wspomnienia oficera radzieckiego kontrwywiadu dot. zbrodni stalinowskich (dostępnych polskich wydawnictw tego typu nie było, a książka miała gryf tajności).
     
      Dlatego też dołączam się do apelu gen.Kapkowskiego i życzę sobie, aby działający z moich podatków IPN wziął się wreszcie do roboty i na wezwania Prokuratury - po zgłoszeniu przez torturowanych zawiadomień o popełnieniu przestępstwa przez funkcjonariusza - odszukał szybko w archiwach odpowiednie dane i wskazał podejrzanych celem ich okazania, przesłuchania itd.
     
      Albo niech zamilkną ci, którzy popełnienie takich czynów zarzucają.
     
      A w tym moim apelu, podobnie jak w wypowiedzi gen.Kapkowskiego, nie ma żadnego absurdu czy cynizmu. Nic więcej w tej sprawie ani gen.Kapkowski, ani ja, ani setki tych, których znałem w tamtym czasie, nie możemy zaproponować. To nie my dzierżymy w rękach wymiar sprawiedliwości, IPN, organy ścigania. Absurdalnym jest robić nam z tego tytułu zarzut, zamiast podejmować realne, a nie stricte propagandowe tylko kroki w kierunku ukarania winnych przestępstw i nadużyć. To my jesteśmy zainteresowani tym, by "tortury i morderstwa" zostały rozliczone - jeśli tylko miały miejsce - bo są to zarzuty dla nas niezwykle niesprawiedliwe, krzywdzące i obraźliwe. Nie łamaliśmy prawa i nie boimy się prawdy. Proszę, działajcie!
      Obawiam się jednak, że jedyne co pasjami interesuje IPN, to to, kto był "agentem" i podobne problemy. To w związku z zarzutami o agenturalność uruchamia się niezliczone procesy, angażujące sądy, media i polityków. Zacznijcie ścigać przestępców - jeśli byli - przy użyciu całego dostępnego aparatu prawnego,  a nie rekompensujcie sobie frustracji z powodu zaniechań i niepowodzeń na tym polu wprowadzanymi na drodze administracyjnej różnymi formami zbiorowej odpowiedzialności. Myślę, że jedno z drugim ma głęboki związek - "nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale by gonić go!" Chodzi o to, by stale był chłopiec do bicia w postaci środowiska b.funkcjonariuszy PRL-owskich służb specjalnych. Bo gdyby poważnie wzięto się za ściganie rzekomych zbrodni i, nie daj Boże, okazało się, że "tortur" nie było, to... byłoby to z wielką szkodą dla możliwości rozprawienia się z PRL "na skróty". Wreszcie więc do czegoś jesteśmy "Wolnej Ojczyźnie" potrzebni...
     
      To moje przekonanie, wynikające z osobistych doświadczeń i obserwacji, nie oznacza, że gloryfikuję Służbę Bezpieczeństwa i PRL, że uważam, że to jest ten model państwa, jakiego bym sobie zarówno teraz jak i nawet wtedy życzył. Nie ulega jednak dla mnie najmniejszej wątpliwości, że wtedy innej możliwości nie było, pojawiła się dopiero po przemianach w ZSRR, pozwalających na przyspieszenie i finalizację procesu demokratycznych przemian, zapoczątkowanych przez "Solidarność" w 1980r. i możliwych do urzeczywistnienia także dzięki temu, że tu był Jaruzelski, Kiszczak i Rakowski ze swoją SB a nie np. Honecker ze STASI czy Ceausescu. A zachowania moje i, jak sądzę, tysięcy ludzi w Służbie wtedy, wynikały z przekonania (może mylnego - proszę to udowodnić), że Polska Jaruzelskiego (nawet ze swoim stanem wojennym) dawała większą niż rządy jego poprzedników szansę na demokrację, na odkłamanie relacji społecznych przy równoczesnej realizacji zasady społecznej sprawiedliwości co przecież było również wypisane na sztandarach "Solidarności" i w "postulatach gdańskich", i o czym tak łatwo teraz się zapomina. Co nas, jako wówczas świeżo upieczonych absolwentów (bo taki był rodowód większości kadry SB) szkół wyższych z lat 70-tych (na których panowała wtedy rzeczywista wymiana poglądów, ciągłe dyskusje, ferment intelektualny, postawy aktywne i twórcze, których teraz w środowisku studenckim w takim wymiarze brak) motywowało do działania. Pozwalało też mieć nadzieję na to, że dychotomicznie podzielony świat się nie zawali, że przyczyniamy się do utrzymania tej kruchej - ale jednak istniejącej! - równowagi strategicznej, że zapewniamy kontrolę procesu zmian demokratycznych, czyniąc je dzięki temu możliwymi. Mieliśmy przede wszystkim na uwadze to, jakie dramatyczne skutki wywołały radykalne ruchy odśrodkowe w ramach Układu Warszawskiego (było coś takiego, jeśli ktoś nie pamięta, i to bardzo realnego!) w przeszłości - na Węgrzech, w Czechosłowacji.. Proszę zwrócić uwagę, że w 1980r. upłynęło zaledwie 12 lat od inwazji na Czechosłowację, gdy teraz - a wydaje się, że miało to miejsce zupełnie niedawno - od wprowadzenia stanu wojennego minęło już 27 lat, od przełomu ustrojowego prawie 20, a nie dostrzega się różnicy w mentalnym odbiorze uwarunkowań tych wydarzeń wtedy i teraz, przekładając beztrosko obecne dekoracje, sposób myślenia na tamte chwile i serwując oskarżenia pod adresem "twórców stanu wojennego" - my wtedy mieliśmy w oczach i 1968 rok, i 1970, i byliśmy zdecydowani przede wszystkim do tego nie dopuścić. A w międzyczasie był jeszcze Wietnam, Chile (z wielką pomocą amerykańską), wprowadzenie "pershingów" i "cruisów" do Europy, konfrontacja bloków w Angoli.. - świat był bardzo niestabilny, wojna światowa nie była pojęciem ze słownika science fiction, tylko czymś piekielnie realnym..
     
      Łatwo jest rzucić obelgę, dużo trudniej ją odeprzeć, udowodnić, że się nie jest wielbłądem.

Z poważaniem
były oficer SB